.:HISTORIA:.






do góry

Odsłonięcie 16 października 2008 r. na ścianie kościoła św. Bartłomieja w Opocznie tablicy poświęconej węgierskim żołnierzom wywołało kolejną dyskusję na temat historii tego miasta. Właściwie dyskusja ta przybrała formę bezpośredniej krytyki działalności Włodzimierza Koperkiewicza oraz pośredniej krytyki władz miasta i powiatu

Głos w dyskusji


Na uroczystości odsłonięcia tablicy byłem obecny, ponieważ zostałem zaproszony przez Starostwo Powiatowe w Opocznie. Powodem zaproszenia było moje zaangażowanie w badania pierwszowojennej historii powiatu i popularyzacje wiedzy na ten temat. Nie jestem zawodowym historykiem, nie jestem związany z żadną instytucją i nie byłem zaangażowany w organizację odsłonięcia kontrowersyjnej tablicy. Jednakże chciałbym odnieść się do niektórych elementów krytyki wspomnianej uroczystości, głównie tych dotyczących okresu pierwszej wojny światowej, a opublikowanych w artykule „Kreatywne podejście do historii czy zwykła manipulacja” (TOP 45/2008).

Zgadzam się, że nie można twierdzić, iż armię austro–węgierską utworzono w dniu wybuchu wojny. Natomiast nie ulega wątpliwości, że tworzyły ją narody żyjące pod berłem cesarza Austrii (nie pod berłem Austrii), w tym również Polacy i Węgrzy. Armia austro–węgierska pod tą nazwą i w takiej formie, jaką znamy z I wojny funkcjonowała od reformy, którą zakończono w 1867 r. Rok później wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej.

Zgadzam się z zastrzeżeniami dotyczącymi daty i godziny wkroczenia wojsk austro–węgierskich do Opoczna. Późnym latem i jesienią 1914 r. miasto znalazło się trzy razy na trasie przemarszu wojsk cesarsko–niemieckich. Najpierw w drugiej połowie sierpnia był to marsz korpusu von Woyrscha na Radom. Później w końcu września marsz ku Wiśle 9. armii von Hindenburga i wreszcie w końcu października wielki odwrót tej armii w kierunku Śląska. Armia austro–węgierska pojawiła się w ówczesnym powiecie opoczyńskim dopiero w drugiej połowie grudnia 1914 r. po bitwie pod Łodzią i po sforsowaniu Pilicy 16 grudnia. Wojna pozycyjna rozpoczęła się w końcu grudnia, a linia frontu przebiegała w opoczyńskiem na linii Pilicy tylko na odcinku od Białobrzegów Opoczyńskich (obecnie część Tomaszowa Mazowieckiego) do Nowego Miasta nad Pilicą. Stan ten trwał nie rok, lecz pół roku, do 11 maja 1915 r., kiedy to rozpoczął się odwrót rosyjskich armii na całym froncie na południe od Pilicy.


foto: Major Hahne z węgierskiego 23. pułku piechoty w okopie pod Potokiem. Rysunek wykonany 23 stycznia 1915 r. przez pułkownika Juliusza Vidale. (Ze zbiorów autora)

Major Hahne z węgierskiego 23. pułku piechoty w okopie pod Potokiem.
Rysunek wykonany 23 stycznia 1915 r. przez pułkownika Juliusza Vidale.
(Ze zbiorów autora)



Nie jest prawdą, że wojska austro–węgierskie weszły do Opoczna 15 maja. Włodzimierz Koperkiewicz jedynie powtarza powszechnie popełniany błąd, cytując – jak podejrzewam – dane z książki „Opoczno i okolice”. Niestety jej autor, Piotr Dekowski, wybitny i zasłużony badacz i dokumentalista historii ziemi łódzkiej podając tę datę nie cytował źródła. W rzeczywistości żołnierze austro–węgierskiej grupy armii gen. piechoty Hermana von Kövessa musieli dotarzeć do opuszczonego przez Rosjan Opoczna 13 maja, skoro 14 bili się pod Stefanowem i Gielniowem, a 16 maja byli już w Przysysze. Symboliczny grób na opoczyńskim cmentarzu węgierskiego porucznika Karola Kovacsa, poległego 14 maja pod Kraszkowem ok. 10 km na wschód od Opoczna te daty potwierdza i wyjaśnia zastrzeżenia zgłoszone w artykule opublikowanym w styczniowym TOP 1/2009. Zatem Rosjanie opuścili miasto zapewne już 12 maja 1915 r., i nie po 120, lecz po 100 latach obecności, ponieważ po trzecim rozbiorze Polski w 1795 r. ówczesny powiat opoczyński znalazł się w dzielnicy austro–węgierskiej, która w 1809 r. została włączona do Księstwa Warszawskiego, by dopiero w 1815 r. po utworzeniu Królestwa Kongresowego wejść w skład rosyjskiego imperium. Rzeczywiście w maju 1915 r. miało miejsce wypędzenie Rosjan lub jak kto woli wyzwolenie regionu spod wieloletniej obecności i zależności od Rosjan. Prawdą jest również, że w świadomości ludzi nie była to jeszcze pełna wolność. Efektem dziesięcioleci rusyfikacji ludności Kongresówki była skłonność raczej do identyfikowania się bardziej z Rosją niż z jej wrogami, tym bardziej, że w maju 1915 r. klęska wojsk rosyjskich nie była wcale oczywista, a obywatele Kongresówki służyli w armii rosyjskiej. W rzeczywistości w stosunku do armii cesarsko–niemieckiej oraz austro–węgierskiej polska ludność zachowywała się w najlepszym wypadku biernie, w odróżnieniu od wyraźnie sympatyzującej ludności żydowskiej.

Latem 1915 r. rozpoczął się okres okupacji austro–węgierskiej Opoczna, która nie była tak tragiczna jak hitlerowska, lecz z niepodległością nie miała wiele wspólnego. Nie mogło być inaczej, ponieważ wojna nadal trwała. Zatem wyroki o szpiegostwo – karane śmiercią, kontrybucje czy rekwizycja dzwonów kościelnych (5 lutego 1916 r. ofiarą padły dzwony cerkwi prawosławnej w Opocznie) były normalną praktyką wojenną. Podobne restrykcje stosowano także na terenach monarchii naddunajskiej, w tym także na Węgrzech. Jako dzień odzyskania niepodległości Polski uznaje się dopiero 11 listopada 1918 r. Mimo wszystko w wywołującym kontrowersje sformułowaniu o przyniesieniu wolności przez oddziały austro–węgierskie, mnie bardziej uderza przywołanie daty 15 a nie 13 maja oraz wydłużenie okresu niewoli rosyjskiej ze 100 do 120 lat – choć to przypisałbym typowemu powtarzaniu utartej, uogólnionej frazy o 120 latach niewoli narodu polskiego. Abstrahując od w sumie niewielkiej rozbieżności w datach, w pewnym sensie grupa armii gen. Kövessa przyniosła miastu wolność, uwalniając od rosyjskiego zaborcy. Przecież wkroczenie wojsk węgierskich w maju do Opoczna definitywnie zakończyło zarówno okres niewoli rosyjskiej jak również okres działań wojennych w mieście, nawet jeśli wojna gdzie indziej nadal trwała, a owa wolność nie była jeszcze niepodległością. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że jakoby jeden zaborca został zastąpiony drugim. Dopóki trwały działania wojenne, tj. do 1918 r. dopóty nie mogło być mowy o zaborze. Działania zbrojne rozpoczęte w sierpniu 1914 r. nie miały na celu osiągnięcia zdobyczy terytorialnych, lecz były starciem trzech potęg imperialnych, obliczonym na polityczne i militarne zniszczenie przeciwnika. Walka nie o ziemię lecz o prymat, zakończona klęską wszystkich trzech mocarstw i początkiem nowej ery państw narodowych. Ziemie Królestwa Kongresowego, które znalazły się pod wojskowymi administracjami okupacyjnymi niemiecką i austro–węgierską nie były integrowane z pozostałymi prowincjami polskimi, wcześniej zagarniętymi przez obu zaborców. Gdyby było inaczej to mielibyśmy do czynienia z czwartym rozbiorem Polski, tak jednak nie było. Na terenach okupowanych przez Austro–Węgry już 25 sierpnia 1915 r. utworzono Generalne Gubernatorstwo Wojskowe w Polsce z siedzibą w Kielcach, a od 1 października w Lublinie. Choć nazwą podobne do Generalnej Guberni z czasów okupacji hitlerowskiej, to w rzeczywistości w niczym jej nie przypominało. GGW było organem administracyjnym nie cywilnym, lecz wojskowym i podlegało Naczelnej Komendzie Etapów (czyli tyłów i zaopatrzenia) Naczelnej Komendy Armii. Działało zatem jak organ zabezpieczenia tyłów armii w trakcie prowadzenia działań wojennych. Mieszkańcy terenów GGW nie podlegali obowiązkowi służby wojskowej, w przeciwieństwie do Polaków żyjących na terenach wcielonych do Austrii w czasie rozbiorów. Taka służba była możliwa na zasadach dobrowolności i to tylko w polskich Legionach. Zatem całkowitym absurdem jest nazywanie zaborcą armii austro–węgierskiej w powiecie opoczyńskim po 1914 r.! Jeśli więc ktoś czuje się urażony i nazywa hańbą traktowanie maja 1915 r. jako daty odzyskania wolności – podkreślam nie niepodległości – od rosyjskego imperium, i wojenną administrację – tak wojenną, działa ona do zakończenia wojny – nazywa zamianą jednego zaborcy na drugiego, to ja z kolei muszę zaprotestować. Taka interpretacja ma prawo obrażać np. Węgrów. Nie można traktować grupy armii gen. Kövessa na równi z rosyjskim wojskami pułkownika Ksawerego Czengierego w czasie powstania styczniowego. Poza tym czy austriacka kawaleria będąca w składzie wspomnianej grupy Kövessa to też byli tylko nowi zaborcy? To pytanie nie jest przypadkowe, jeśli się zważy, że mowa tu np. o krakowskiej 7. dywizji kawalerii. W jej składzie znajdowały się min pułki ułanów: 2. tarnowski (komenda uzupełnień w Tarnowie) i 3. krakowski (komenda uzupełnień w Gródku). Czy ich też należy postawić na równi z żołnierzami Czengierego? Otóż nie i lepiej byśmy sami siebie nie hańbili i przy okazji nie obrażali innych. Szczególnie historia I wojny światowej wymaga ostrożności w ocenach. Polacy byli we wszystkich trzech armiach zaborczych i każdy zarzut stawiany żołnierzom którejkolwiek z tych armii uderza w nas samych. Przy tej okazji może warto też wspomnieć, że po stronie niemieckiej zimą 1914 r. pod Tomaszowem Mazowieckim i Inowłodzem walczyły m.in. poznański korpus landszturmu oraz dolnośląska 5. dywizja kawalerii. Stosowanie odpowiedzialności zbiorowej narodów za czyny monarchów, których byli poddanymi jest niestosowne a przede wszystkim niesprawiedliwe.

Paweł Budzyński
Paweł A. Budziński, doktor nauk technicznych, inżynier elektryk, urodzony w 1968 r. w Opocznie, absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej. Od ponad 20 lat zajmuje się badaniem i popularyzacją wiedzy z zakresu pierwszowojennej historii powiatu opoczyńskiego oraz opieką nad cmentarzami wojennymi. Razem z W. Koperkiewiczem zabiegał o przerwanie likwidacji i renowację kwatery żołnierzy I wojny światowej na cmentarzu cholerycznym w Opocznie. Jest autorem m.in. rozdziałów poświęconych działaniom wojennym 1914–1918 w regionie opoczyńskim oraz historii cmentarza żołnierzy I wojny światowej w Opocznie, monografii „Opoczno. Studia i szkice z dziejów miasta”, wydanej w 2003 r. przez Kieleckie Towarzystwo Naukowe, czy referatu nt. działań wojennych 1914–15 w opoczyńskiem, wygłoszonego w 2006 r. z okazji 30–lecia Muzeum Regionalnego w Opocznie. W zakresie dokumentacji grobów wojennych w województwie łódzkim współpracował z Wojewódzkim Komitetem Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi. Za swoją działalność był kilkakrotnie odznaczany, w tym w 1998 r. Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. Obecnie mieszka i pracuje w Berlinie.

Nie można też pozostawić bez komentarza nieco złośliwej uwagi autora artykułu „Kreatywne podejście…” (TOP 45/2008) o, wynikającej z uhonorowania Węgrów, otwartej drogi do upamiętniania innych nacji Austro–Węgier, w tym Czechów. Według mnie, pasjonata historii pierwszowojennej Opoczna, najlepiej byłoby symbolicznie uhonorować wszystkich poległych w tej wojnie żołnierzy, niezależnie od narodowości i wyznania. Lokalne władze podjęły inną decyzję. Dlaczego? Mogę się jedynie domyślać. Chyba tylko Węgrzy znaleźli się na terenie powiatu opoczyńskiego w czasie obu wojen światowych, nie zapisując się przy tym negatywnymi czynami na kartach historii. W okresie od grudnia 1914 r. do czerwca 1915 r., kiedy to definitywnie Rosjanie opuścili ostatni skrawek ówczesnego powiatu opoczyńskiego, w walkach na tym terenie rzeczywiście brały udział ze strony austriackiej głównie węgierskie dywizje piechoty: 16. Sybińska, 27. Koszycka, 31 i 32 Budapesztańskie oraz 35. Klużańska. One też poniosły bardzo duże straty, szczególnie 27. i 35. W czasie okupacji w powiecie stacjonował czeski 511. c.k. batalion etapowy z Litomierzyc oraz od grudnia 1915 r. do sierpnia 1916 r. szwadron królewsko–węgierskiego 9. pułku huzarów honwedów, pełniący służbę łącznikową. Zatem żołnierze węgierscy przebywali w okolicach Opoczna od grudnia 1914 r. do czerwca 1915 r. i od grudnia 1915 r. do sierpnia 1916 r. – łącznie 16 miesięcy. Straty węgierskie były największe oraz nieporównywalne z liczbą poległych i zmarłych od chorób Czechów. Choć to może ma najmniejsze znaczenie dla meritum sprawy, należy zwrócić uwagę na fakt, iż nie jest prawdą jakoby Czesi i Węgrzy nosili takie same (nie te same) mundury. W armii austro–węgierskiej pułki, tzw. niemieckie, do których zaliczano m.in. austriackie, czeskie, czy polskie na pierwszy rzut oka różniły się właśnie umundurowaniem od pułków węgierskich, do których zaliczano m.in. też słowackie czy rumuńskie.

Nie można też zgodzić się ze stwierdzeniem, że kroniki Stanisława Uholca stanowią podstawowe źródło wiedzy na temat okresu I wojny światowej w opoczyńskiem. Prawdą jest, że do nich najczęściej sięgano. Poza tymi kronikami, każdy badacz historii znajdzie dużo interesującego materiału źródłowego w zbiorach Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie czy Państwowego Archiwum w Kielcach. Poza tym godnym polecenia są także Austriackie Archiwum Państwowe w Wiedniu oraz Państwowe Rosyjskie Archiwum Wojenno–Historyczne w Moskwie. Niemieckie archiwalia dotyczące armii pruskiej zostały niemal całkowicie zniszczone w 1945 r. Pewną kompensatą tego faktu jest bezprecedensowe bogactwo wydanych w okresie międzywojennym w Niemczech bardzo dokładnych, monografii pułków cesarsko–niemieckiej armii czy biografii dowódców, w tym gen. artylerii Maksymiliana von Gallwitza, którego korpus do końca grudnia 1914 r. walczył pod Opocznem. Nie wolno też zapominać o wydanej w latach 30. w Wiedniu austriackiej wielotomowej historii wojny: „Österreich–Ungarns Letzter Krieg 1914–1918”. Białym krukiem jest wydana w 1916 r. w Budapeszcie monografia 23. pułku piechoty, który w składzie 32. dywizji piechoty walczył pod Potokiem. Od kilku lat w Rosji wydawane są nowe książki dotyczące przedrewolucyjnej historii tego państwa. Wszystkie wspomniane źródła, poza kroniki Uholca, zostały wykorzystane przeze mnie przy opracowaniu rozdziału „Historia działań wojennych 1914–1918 w regionie opoczyńskim”, monografii „Opoczno. Studia i szkice z dziejów miasta” (Kielce 2003). Celem tej publikacji było opracowanie właśnie monografii pierwszowojennych działań w powiecie opoczyńskim.

Nie można również pozostawić bez komentarza tej części artykułu „Kreatywne podejście…” (TOP 45/2008), która dotyczy udziału Węgrów w II wojnie światowej. Jeśli ktoś nie słyszał lub wątpi w istnienie węgierskiej armii na froncie wschodnim, to warto sięgnąć do monografii autorstwa Tadeusza Sawickiego „Niemieckie wojska lądowe na froncie wschodnim, czerwiec 1944–maj 1945 (struktura)” (Warszawa 1987). Otóż w skład grupy armii „Północna Ukraina” wchodziła 1 armia węgierska (str. 159, 169, 185, 186,188, 22, 240), złożona m.in. z jedenastu węgierskich dywizji. Armia ta walczyła latem 1944 r. na Ukrainie w okolicach Kołomyi, a w styczniu 1945 r. na Słowacji. Poza nią na froncie wschodnim w składzie grupy armii „Południe” walczyła także 3 armia węgierska (str. 224, 225). Ta z kolei broniła Węgier. A zatem armie węgierskie były, choć nie biły się w Polsce, ale też nie broniły wcale rumuńskich pól naftowych, lecz Węgier i Słowacji. Przy tym jeśliby nawet obie wspomniane węgierskie armie dysponowały jakimś lotnictwem, to nie mogłoby ono operować nad terytorium Polski. Informacji na temat obecności żołnierzy węgierskich w opoczyńskiem i ich stosunku do Polaków dostarcza również praca Dariusza Gołębiowskiego „Burza nad Czarną. Z dziejów 25 pułku piechoty AK ziemi piotrkowskiej” (Warszawa 1972). A zatem jak dowodzą powyższe rozważania w sierpniu 1944 r. na terenie powiatu opoczyńskiego rzeczywiście znajdowały się regularne oddziały węgierskie, choć organizacyjnie nie tworzyły armii węgierskiej. Jest to zresztą bez znaczenia, ponieważ zastrzeżenia dotyczą sformułowania „(…) na terytorium Polski znalazła się Armia Węgierska (…)”, którego nie należy interpretować dosłownie. Gdyby autor tego zdania miał na myśli konkretną armię, to podałby jej nazwę lub numer. Jednak ponieważ kontrowersyjna notatka opublikowana w TOP 44/2008 nie jest opracowaniem historycznym, nie przywołuje żadnych nazw oddziałów wojskowych czy związków taktycznych walczących pod Opocznem, to nie ma powodu oczekiwać akurat w tym punkcie takiej dokładności. Określenie armia zostało tu użyte w znaczeniu wojska, sił zbrojnych, analogicznie jak mówi się, np. o uzbrojeniu armii polskiej, nie mając na myśli jednej konkretnej armii, lecz całość sił zbrojnych. Nie ulega wątpliwości, że w czasie II wojny światowej Węgrzy, podobnie jak, np. Rumuni czy Włosi, posiadali odrębne armie z własnymi dowództwami, umundurowaniem itd. Zatem określenie armia węgierska zostało użyte w charakterze synonimu węgierskiego wojska lub węgierskich sił zbrojnych, czyli żołnierzy służących w węgierskich mundurach, w węgierskich siłach zbrojnych.

Chciałbym, aby powyższy tekst był traktowany jako głos w dyskusji. Kontrowersyjna tablica została odsłonięta i zapewne jej budząca zastrzeżenia treść, na długo podzieli społeczność Opoczna. Prawdą jest, że przyjaźń Polaków z Węgrami jest historycznie utrwalona i nie wymaga żadnych dodatkowych komentarzy. Natomiast trudno jest krytykować władze miejskie czy powiatowe za to, że chcąc nawiązać i rozwijać kontakty i współpracę międzynarodową sięgają, tak jak potrafią, do, takich jakie mają dostępne, źródeł wspólnej historii. Odsłonięcie wspomnianej tablicy było przecież pretekstem do wizyty węgierskich gości i mam nadzieję, że zaowocuje to ściślejszą współpracą. Byłoby źle, gdyby tak się nie stało. Starałem się wykazać, że krytyka całej uroczystości nie jest bezpodstawna, choć w wielu punktach jest przesadzona lub niesłuszna. Co było jej celem? Chyba nikt nie spodziewa się wymiany tablicy pamiątkowej. Mam wrażenie, że w pewnym momencie ta dyskusja stała się bardzo emocjonalna i wręcz osobista. Może warto potraktować całą sprawę jako rozdział zamknięty i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Organizatorzy podobnych uroczystości muszą mieć świadomość odpowiedzialności za słowa i czyny. To na nich spoczywa obowiązek weryfikacji treści, tak aby była zrozumiała i jednoznaczna. Kiedy w 2005 r. za pośrednictwem Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej składałem Urzędowi Miejskiemu w Opocznie moją ofertę współpracy w opracowaniu historycznej części monografii gminy Opoczno podziękowano mi. Publikacja „Gmina Opoczno wczoraj, dziś i jutro” została wydana, a I wojnie światowej poświęcono w niej pół strony, II wojnie i okupacji zaś dwie strony. O walkach 1914–15 napisano jedno zdanie. Nie dziwmy się więc, że wiedza na temat tej części naszej lokalnej historii jest znikoma, a w zakresie edukacji jest jeszcze wiele do zrobienia.
dr Paweł A. Budziński



do góry


.:Drukuj stronę:.

.:Strona główna:.

.:Wyślij komentarz:.

.:Kontakt z redakcją:.