.:CIEKAWOSTKI:.






do góry

Jak drzewiej bywało

Noc Kupały


Podczas tej nocy wszystko mogło się zdarzyć, nocy czarodziejskiej. Chodzi oczywiście o najkrótszą noc w roku – noc letniego przesilenia. Nazywano ją sobótką, na Mazowszu i Podlasiu kupalnocką lub kupalonecką, na pograniczu polsko–ukraińskim i u Słowian wschodnich nocą kupały (od imienia bóstwa solarnego Słowian, któremu właśnie wtedy oddawano cześć, lub od obrzędowych kąpieli tej nocy).

Zapewne nigdy nie zgłębimy do końca tajemnicy sobótek, jednego z najstarszych i chyba najbardziej archaicznych świąt dorocznych związanych z kultem słońca i sił przyrody. Święto, które – gromione niegdyś przez kaznodziejów – szukając ratunku schroniło się pod szatę jednego z wielkich patronów Kościoła. Nadal jednak dla zgromadzonych przy sobótkowych ogniach noc świętojańska pozostawała nocą wyjątkową w roku, nocą dziwnych zjawisk w przyrodzie, czarów i wróżb.

Dawni kronikarze, którymi byli wyłącznie księża, rzadko i niechętnie wspominali te pogańskie hulanki. Chyba pierwsza wzmianka o kupale pojawiła się w opisie zdarzeń w Jazdowie, grodzie leżącym na terenie dzisiejszej Warszawy i strzegącym przeprawy przez Wisłę, które miały miejsce w kupałę 23 czerwca 1262 roku. Tego dnia napastnicy z terenów Rusi i Litwy pod wodzą „przeklętego i nieprawego Ostafija Konstantynowicza” – jak go określił latopis wołyński – po zdobyciu grodu zamordowali księcia mazowieckiego Siemowita i porwali jego syna Konrada.

Późniejsze relacje z obchodów kupały podkreślały ich swawolny, niekiedy wręcz orgiastyczny charakter. Kościół przez wieki całe zwalczał zarówno swobodne obyczaje, rozwiązłość młodzieży i nieobyczajne pieśni erotyczne przy ogniskach, jak i inne ludowe zwyczaje świętojańskie. Przeciwko sobótkom organizowano specjalne krucjaty, w czym przodowali jezuici. W jednej z kronik tego zakonu z 1632 roku czytamy, jak walczono z nimi w Wałczu: W przeddzień św. Jana, gdy już się dobrze zmierzchło, wyszli niespodziewanie jezuici, w kościelne stroje ubrani, przy odgłosie dzwonów i świetle pochodni, i udali się za miasto, gdzie rozniecono ognie i płoche skoki mieszkańców przypominały dawne pogańskie obrządki. Niespodziany widok okazałej procesji i szanowanych powszechnie kapłanów wzruszył mieszkańców, którzy natychmiast rozbiegli się do domów i odtąd nieprzystojnej zaniechali zabawy.

Nadal jednak noc świętojańska fascynowała całe pokolenia Polaków i to nie tylko tych, którzy spędzali ją przy ognisku. Obchody kupałowego święta barwnie przedstawił Jan Kochanowski w Pieśni świętojańskiej o sobótce, a w XVII wieku inny poeta – Kasper Twardowski (Kasper z Sambora):

Wszyscy na rozpust, jak wyuzdani,
idą bylicą w poły przepasani.
Świerkowe drzewa zapalone trzeszczą,
dudy z bąkami jak co złego wrzeszczą.
Dziewki muzyce po szelągu dali,
aby skoczniej w bęben przybijali.
Włodarz jak wódz przed wszystkimi chodzi,
on sam przodkuje, on sam rej zawodzi,
Za nim jak pszczoły drużyna się roi,
a na murawie beczka piwa stoi…


W czasach saskich, gdy Warszawą zarządzał marszałek Franciszek Bieliński, bardzo dobry ale niesłychanie surowy gospodarz, o paleniu sobótkowych ognisk nie mogło być mowy. W Opisie obyczajów za panowania Augusta III Jędrzeja Kitowicza czytamy: Ten zwyczaj, gorszy daleko od od dyngusu, w średnich latach Augusta III już był konającym, przy końcu zaś lat jego wcale ustał, dozorem surowym marszałka wielkiego koronnego w Warszawie najprzód, a za przykładem warszawskim, skąd się i złe, i dobre zwyczaje po kraju rozlewały, wszędzie wytępiony, jako złe skutki sprawujący, już to w pożarach budynków z sobótki zapalonych, już w osobach skaczących sobótkę, które nieraz, przy gęstym dymie, skacząc naprzeciw sobie i upadając w ogień, raziły sobie płomieniem oczy, twarzy, ręce i nogi, mianowicie bose, albo u kobiet od spodu nie opatrzone (…).

Za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego dawne zwyczaje powróciły na nowo, a w XIX wieku kupałowe obchody, zwłaszcza spławianie wianków, stawały się coraz większą uroczystością. Obrządek ten – pisał ówczesny pamiętnikarz – skromny niegdyś i cichy, samej tylko niższej zostawiony klasie, od kilku lat i wyższe osoby ściąga, ciekawe przypatrzeć się tej niewinnej ludu zabawie.

Przed wojną nad Wisłę przyjeżdżał prezydent i z pokładu statku „Kościuszko” obserwował przebieg zabawy. Po wojnie bywały lata, gdy imprezy wiankowe ściągały nieprzeliczone tłumy, ale czasami jakby zapominano o prastarym zwyczaju.

Jak będzie w tym roku? Zobaczymy… Warto jednak pamiętać o przestrodze zawartej w dawnej pieśni z Podkarpacia:

Kto na sobótce nie będzie,
Główka go boleć wciąż będzie!




do góry


.:Drukuj stronę:.

.:Strona główna:.

.:Wyślij komentarz:.

.:Kontakt z redakcją:.